Julien

Description:

Attributes

Spiritual
3 |Zemsta na oprawcach – Chcę pomścić śmierć mojego ojca i mieszkańców mojej rodzinne wioski
1 | Ratowanie z płomeni – traumatyczne przeżycia z przeszłości sprawiły, że podświadomie uważam, że śmierć w płomieniach jest najgorszą z możliwych. Zrobie wszystko by uratowac kogos zagrożonego w ten sposób
2 |Współzawodnictwo płci – Jako kobieta uważam, że jestem pod każdym względem równa mężczyznom. Gdyby ktoś to kwestionował jestem w stanie tego dowieść w ramach współzawodnictwa.

Temporal
5 |Agility
4 |Brawn

Mental
4 |Wits
3 |Presence

Derived
4 |Coordination
3 |Resistance
7 |Move


Vocations

Acrobatics
Acting
Ancient Languages
Animal Guise 5
Animal Handling
Arcane Theory
Artillery
Astronomy
Battle
Boating
Body Language
Breaking & Entering
Camoflage 5
Climbing 6
Combat Art
Craft/Trade
Dancing
Diploimacy
Disguise
Etiquette
Farming
First Aid
Folk Lore
Gamlbing
Games
Heraldry
Herbalism 6
Hunting or Trapping 4
Intimidate
Intrigue
Juggling
Law
Leadership
Lock Picking
Meditation
Musical Instrument
Navigation
Orate
Orienteering 4
Panhandling
Persuasion
Pickpocket
Read & Write
Research
Ridicule
Riding
Ritual Magic
Sailing
Scrounging 5
Secret Languages
Sincery
Singing
Sneak 6
Stewardship
Strategy
Streetwise
Style Analysis
Surgery
Survival 5
Swimming 4
Symbol Drawing
Tactics
Teamster
Theology
Tracking 6
Traps

Języki:
*kolonialny (dobrze)
*erenlandzki (dobrze)

Bio:

Wychowałam się w wiosce Kervari, usytuowanej na północno-wschodnich rubieżach kraju Sarcosan. Była to niewielka osada, w skład której wchodziło zaledwie kilkanaście chałup. Umiejscowienie na uboczu sprawiało, że nie była obiektem zainteresowania sił okupacyjnych, jeśli tylko transporty drewna dostarczane były regularnie. Wizyty orków były na tyle sporadyczne, że nie zdążyłam przywyknąć do obecności tych kreatur i nieodmiennie napawały mnie one lękiem.

Wychowałam się pod okiem ojca, matka zmarła na zapalenie płuc gdy byłam jeszcze dzieckiem. To on, jako wytrawny myśliwy, nauczył mnie wszystkiego, co sam wiedział o łowiectwie i zielarstwie. Gdy miałam 15 lat ojciec podupadł na zdrowiu, więc musiałam rozpocząć samodzielne polowania. Od kiedy wystarano się dla mnie o pozwolenie na używanie łuku myśliwskiego i mogłam legalnie zarabiać – wszystko układało się pomyślnie. Przynajmniej o tle, o ile było to mozliwe, w kraju dławionym przez okupanta.

Szczęśliwy los odwrócił się od nas nagle, jednego feralnego dnia, który od początku nie zapowiadał się dobrze. Zwierzyny nie było, zawiodły nawet sprawdzone wielokrotnie miejsca, z których nigdy nie wracałam z pustymi rękoma . Jako, że za kilka dni należało wysłać dostawę do miasteczka, nie miałam wyboru – musiałam nadrobić drogi i szukać szczęścia w dalszych partiach lasu. I wtedy natknęłam się na tragiczną scenę. Ledwie kilkadziesiąt kroków ode mnie, w niskiej buczynie, szary, ogromny basior krążył wokół powalonej ofiary. Widywałam już te drapieżniki w moich stronach, ale żaden dotychczas nie zachowywał się tak dziwnie jak ten jeden. Z przerażeniem odkryłam, że ofiara przy której zwierze się szamocze, to trup człowieka (jak się później okazało, nie był to człowiek, a krasnolud). Jednak zanim udało mi się pozbierać myśli i przedsięwziąć jakiekolwiek kroki – zwierzę podniosło na mnie wzrok. Wpatrywało się we mnie przerażającym inteligentnym spojrzeniem żółtych, zwierzęcych oczu. Już wiedziałam, że nie jest to zwykły wilk, tylko jakiś wcielony duch lub jeszcze gorsza nieczysta siła. Nagle z gardzieli bestii wydobył się głuchy, złowrogi warkot, po czym basior zwinął się i wyskoczył w moim kierunku ze zwinnością wytrawnego łowcy. Paszcza rozwarła mu się nienaturalnie, obnażając długie kły. Szybko zrozumiałam, że ucieczka nie ma sensu, nie udałoby mi sie przedrzeć przez gęste zarośla. Moja ostatnia szansa: powalić go jedną strzałą. To był cud: pocisk utkwił w rozwartej paszczy wilka, przeszywając czaszkę. Zwierzę, a może raczej to, co jedynie wyglądało na zwierzę, padło pośród zeschłego, zeszłorocznego listowia. Mogłabym przysiąc, że ledwo dostrzegalny przezroczysty kształt, niczym tchnienie wiatru wypłynęło z ciała bestii i rozwiało się w powietrzu.

Gdy upewniałam się, że napastnik nie żyje, podbiegłam do ofiary. Krasnolud był martwy, ale ciało było wciąż ciepłe. Przyczyną śmierci była szarpana rana w okolicy krtani. Najwyraźniej wilk dopadł bezbronnej ofiary i zagryzł bezlitośnie w krótkiej szamotaninie. Obok zwłok leżał rozdarty skórzany woreczek, a obok – rozsypane kamienie. Nie były to szlachetne kryształy, a raczej zwykłe bardzo płaskie otoczaki, jakich pełno można znaleźć w strumieniach. Jedynie wyryte na nich symbole odróżniały je od innych. Były oślinione – wyglądało na to, że wilk miał zamiar zabrać mieszek w pysku, ale rozdarł go nieopatrznie podczas próby oderwania go od skórzanego pasa swojej ofiary. Pośpiesznie zebrałam kamienie i chciałam odejść, pozostawiając zwłoki w lesie, ale przypomniałam sobie o kamiennym urwisku, znajdujacym się ledwie o kilka kroków od tego miejsca. W ścianie urwiska w zamierzchłych czasach odkryto złoże jakichś minerałów, i do wnętrza skały wciąż prowadził zaniedbany chodnik płytkiej kopalni. Idealne miejsce na pochówek dla krasnoludzkiego wędrowca. Nie szczędząc wysiłku zaciągnęłam ciało nieszczęsnej ofiary do jednej z nisz i używając liny wybiłam podtrzymujacy ją, próchniejący stempel. Głazy osunęły się w tym miejscu, grzebiąc zwłoki.

Jak się okazało, ten dziwny wypadek był zaledwie zapowiedzią wielkiego nieszczęścia. Do zachodu słońca pozostało jeszcze kilka godzin i z pewnością zdążyłabym jeszcze coś upolować. Niepewna jednak znaczenia swojego spotkania z wilkiem i pełna złych przeczuć postanowiłam czym prędzej wrócić do wioski.

Było już jednak za późno. Wioskę zastałam spaloną, mieszkańców wybitych do ostatniego na samym środku wioskowego placu. Ponura egzekucja. Kobiety, dzieci – wszyscy; nie wydaje mi się, by komukolwiek udało się uciec. Oszczędzę opisu tej sceny. Do dziś ten obraz staje mi przed oczami i dławi jak uścisk mordercy na krtani.

To wtedy, na środku placu, pośród pogorzeliska, owionięta dymem sączącym się z ruin mojego spalonego domu i czując zapach świeżo przelanej krwi, poprzysięgłam zemstę na mordercy niewinnych. Na zabójcy mojego ojca, moich przyjaciół i dzieci moich przyjaciół. Kimkolwiek był. Ślady zbrodni wskazywały na spory oddział orków, prowadzonych przez jednego konnego. Co gorsze, ci bezduszni egzekutorzy, po dokonaniu tej orgii zniszczenia, podążyli dalej do tego samego lasu, gdzie napotkałam wilczura. Mogłam natknąć się i na nich w już w czasie polowania. Czyżby kogoś szukali? Zbiega? Może ścigali krasnoluda? A może chodziło o te kamienie, które teraz miałam w torbie?

Nic nie pozostało ze świata mojego dzieciństwa, musiałam wyruszyć w nieznane, ukryć się. To tak, jakby jednym cięciem cała moja przeszłość została zabita i pogrzebana, a moje życie rozpoczynało się na nowo. Gorsze życie, gorszej mnie. Takie miałam przeczucie, gdy tłumiąc łzy, przemykałam pośród drzew w dół doliny.

Uciec, gdziekolwiek. Choćby do miasta, gdzie kiedyś mieszkał mój krewny, daleki wuj z rodziny mojej matki. Znałam tylko imię. Cóż, jest on podobno człowiekiem uczonym – myślałam – może rozszyfruje znaczenie napisów na kamieniach.

Julien

Quarter to Midnight 60mph